Cześć, witamy w kolejnym odcinku Kryminalnego Patrolu. »No oczywiście« — jak kiedyś powiedział Mateusz — »jak tylko zaczynamy nagrywać, to pogoda się psuje. « W Krakowie pierwszy taki poważny atak zimy, więc nie było wyjścia, musieliśmy się schować do kawiarenki.
Na szczęście na rynku ich po prostu nie brakuje. Dzisiejszy odcinek jest o Beacie. Ja myślę, że no chyba tysiące ludzi od kilku tygodni zastanawiają się, co się stało z Beatą — gdzie się podziała ta 47-letnia kobieta, która do tej pory miała taki bardzo ustabilizowany tryb życia, dzień zaplanowany?
No, trójka małych dzieci, więc to oczywiście zobowiązuje. Wydaje się, że ludzie tak nie giną — dosłownie w przeciągu kilkunastu, być może kilkudziesięciu, minut. Niektórzy już w zasadzie wydali też wyrok.
Wiedzą doskonale, co się stało, mają podejrzenia. Faktycznie, jakbyśmy zebrali te wszystkie poszlaki, które w tej chwili są, wydaje się, że odpowiedź jest oczywista. No ale według mnie oczywista tak do końca nie jest.
Zapraszam Was do oglądania kolejnego odcinka. Beata na co dzień mieszka w takiej małej miejscowości. To jest wieś Poradz w województwie zachodniopomorskim.
Beata ma 47 lat. Jak powiedziałem, jest raczej niewysokiego wzrostu. Ma 158 centymetrów, taką krępą budowę ciała, włosy farbowane na rudo, do ramion.
Ma także trójkę dzieci, w zasadzie małych dzieci. Najstarszy chłopiec ma 12 lat, drugi chłopiec ma 9, a dziewczynka jest najmłodsza — ma 8 lat. Beata na co dzień pracuje w banku, z tym że tam, w tym banku, po prostu sprząta.
Codziennie swoim samochodem dojeżdża do banku, zwykle ma (tam dojechać) na godzinę ósmą. Po pracy wraca do domu. Jak powiedziałem, ten jej dzień taki z życia jest podyktowany obowiązkami w stosunku do trójki dzieci, pracą, a więc, no, musi być zdyscyplinowana, obowiązkowa, taka, powiedziałbym, w tym wszystkim, co robi, bardzo punktualna.
No i też, nie ma co ukrywać, przy trójce dzieci to jest mnóstwo pracy, tym bardziej że Beata od pewnego czasu jest tylko z tą trójką dzieci. Jej mąż, Jan, wyprowadził się jakiś rok temu, wyprowadził się do innej miejscowości. Sytuacja jest, powiedziałbym, w tym domu o tyle skomplikowana, że Beata z trójką dzieci mieszka wciąż w domu teściów.
Teściowie mieszkają na dole, ona z dziećmi mieszka na górze. Ale jakbyśmy nie popatrzyli, w dalszym ciągu jest to także dom jej męża, Jana, który od czasu do czasu, a w zasadzie dosyć często, do tego domu przyjeżdża. 7 października.
7 października tego roku — jak więc widzicie, to zaledwie kilka tygodni temu — jak zwykle taka poranna krzątanina. Dzieci muszą zdążyć na "gimbusa", jadą tym autobusem do szkoły. Więc poranna toaleta, śniadanie na szybko, i wychodzą z domu.
Jest dokładnie wtedy godzina 7:05. Mniej więcej 7:10 są już na przystanku, ten przystanek jest niedaleko domu. Beata czeka z trójką dzieci na przyjazd "gimbusa".
Wtedy pojawia się także pani Krystyna, która ma piątkę swoich wnuków. Te wnuki jej też mają jechać do szkoły. Faktycznie "gimbus" podjeżdża i dzieci wsiadają do autobusu.
Panie jeszcze, a więc pani Krystyna i Beata, machają im na pożegnanie, a potem zostają same na przystanku. Nawet pani Krystyna widzi, że Beata tego dnia jest jakaś taka dziwnie smutna. Nawet ją zapytała: »Co się stało?
Dlaczego jesteś taka smutna? « Powiedziała jej, że boli ją głowa. Beata powiedziała także, że się spieszy, bo na 8:00 jedzie do pracy.
Pani Krystyna zapamiętała jeszcze, że Beata jest ubrana w taką różową kurtkę, czarne spodnie i buty biało-niebieskie. Też zapamiętała — bo to później jest ważne — że Beata nie miała przy sobie wtedy torebki. I to jest pewnego rodzaju szczegół, który później w tym wszystkim się pojawił.
Beata też, jeszcze rozstając się z panią Krystyną, powiedziała, że po południu tego dnia idzie na mecz z jednym z synów. No i jak widać z tego, miała po prostu plany. Jak Wam powiedziałem wcześniej, jej mąż Jan wyprowadził się od niej jakiś rok wcześniej.
Jana poznała pod koniec lat 90. No jak to się zwykle zaczyna, przypuszczalnie była to miłość. Ale ta miłość dosyć szybko się chyba wypaliła.
Z różnych powodów nie mogli mieć dzieci, więc postanowili adoptować dzieci. Chyba też to wynikało z tego, że ten związek ich, no, raczej nie był jakiś bardzo mocny. Przypuszczali być może, że te dzieci po prostu zwiążą ich tak, że ta dawna miłość wróci.
Trzeba też powiedzieć, że wtedy zachowali się bardzo tak szlachetnie i odważnie. Myśleli bowiem o tym, żeby adoptować dwójkę dzieci, ale okazało się, że było rodzeństwo — dwóch chłopców i dziewczynka — więc postanowili adoptować całą trójkę. Jakiś czas wszystko trwało.
No niestety, tej miłości nie udało się chyba odnaleźć i wskrzesić. Mniej więcej rok temu, jak mówiłem, Jan wyprowadził się z domu, a nawet podobno poznał jakąś partnerkę, o czym Beata doskonale wiedziała. No chociaż Jan się wyprowadził, to przyjeżdżał w dalszym ciągu do tego domu.
No w zasadzie przyjeżdżał do swoich rodziców, też coś tam robił na podwórku wokół domu, więc pojawiał się często. W zasadzie był w każdy weekend, i w każdy weekend Beata musiała go po prostu widzieć. Ona z tych odwiedzin nie bardzo była zadowolona.
Rodzina Beaty mówi, że te relacje pomiędzy Beatą a mężem były złe, a nawet bardzo złe — że dochodziło do kłótni, sprzeczek, awantur — więc Beata unikała go albo wtedy szła do swojej rodziny, która mieszka w tej samej miejscowości, albo zabierała dzieci i szła po prostu na plac zabaw, no, starała się go uniknąć. Te awantury nasiliły się, zwłaszcza w momencie kiedy Jan poznał nową partnerkę. Wyglądało na to — no tak przynajmniej twierdzi rodzina — że chodziło o to, że Jan musi płacić na te dzieci i jemu samemu nie starcza na życie.
Też mówią o tym, że Jan dla dzieci nie był dobry. Że był opryskliwy, że często były to jakieś, powiedziałbym, takie psychologiczne zagrywki na zasadzie takiej, że się ani z nimi nie witał, ani nie żegnał, a nawet nie odzywał się do nich przez kilka miesięcy. Podobno także karał je na zasadzie takiej, że musiały stać w kącie i mieć podniesione ręce do góry.
No sam Jan mówi, że to nieprawda, że niczego takiego nie było, a wręcz przeciwnie — on o te dzieci się troszczył. Jan mówi także, że on często przyjeżdżał, bo dlatego, że troszczył się o dzieci. Tak na co dzień pracuje w Niemczech.
Ostatnio mieszkał w Świdwinie. Tam też mieszkał wraz ze swoją partnerką, ale często przyjeżdżał; przyjeżdżała też ta jego partnerka. Mówił o tym, że w momencie kiedy adoptowali dzieci, Beata "dostała jakiegoś lenia" — że nic jej się nie chciało robić, że nie troszczyła się o dzieci — więc on to wszystko musiał wziąć na siebie, i jak mówił: »No ile można?
« W końcu nie wytrzymał i z domu się wyprowadził. No, wygląda też na to — bo on sam to mówi — że ta miłość jego skończyła się dosyć szybko, bo jeszcze w roku 2002, czyli ponad 20 lat temu. Już wtedy chciał się wyprowadzić, ale jego rodzice powiedzieli mu, żeby przeczekał, że może wszystko się ułoży, więc zrezygnował.
Ale, no, nie widział już innego wyjścia, tylko wyprowadzić się z domu. Tego 7 października Jan był w domu. Mało tego, coś tam robił za domem.
Chyba rąbał jakieś drzewo. I widział, jak żona, z trójką dzieci, wychodzi z posesji. Ale mówi, że potem już nic nie widział, że nie wie, co się z Beatą stało.
Po południu. Po południu tego właśnie 7 października dzieci wróciły ze szkoły. Zaczęły szukać mamy, ale nigdzie jej nie znalazły.
Postanowiły pójść do siostry Beaty, do pani Katarzyny, która mieszka w tej samej miejscowości. No mówią do niej: »Ciociu nie ma nigdzie mamy, pomóż nam. « I faktycznie siostra Beaty, Katarzyna, też siostrzenica, Olga, skontaktowały się najpierw z dzielnicowym.
Ten powiedział im, żeby poszły po prostu do domu, że być może Beacie coś się stało, że potrzebuje pomocy i trzeba jej szukać. Kobiety tak zrobiły — poszły do domu. Przeszukały dom, ale nigdzie Beaty nie było.
Tego dnia w zasadzie jako pierwsza Beaty zaczęła szukać jej szefowa. Ona po prostu na 8:00 nie dotarła do pracy, więc, no, trudno powiedzieć, która to była dokładnie godzina, ale jakieś 15-20 (minut) po 8:00 szefowa do niej zadzwoniła. Był sygnał taki, że numer jest wybierany, no ale nikt nie odebrał.
Kiedy zadzwoniła dokładnie o 8:40, telefon był już wyłączony i szefowa oczywiście nie mogła się dodzwonić, i nie wiedziała, co się stało. Kiedy panie przeszukały dom, nie znalazły Beaty, no postanowiły pójść na Policję, powiadomić o wszystkim. Rzeczywiście Policja tutaj nie zbagatelizowała tego sygnału; rozpoczęły się poszukiwania.
No w końcu zaginęła matka trójki dzieci, kobieta, która do tej pory miała taki ustabilizowany tryb życia, no i trzeba było jej szukać, bo przecież, no, musiało się coś po prostu stać. Ściągnięto najpierw psy. To były psy z Komendy Wojewódzkiej Policji.
Te psy poprowadziły w kierunku lasu, w kierunku wiatraków. Potem ściągnięto jeszcze inne psy. Te psy były już specjalistyczne, psy z Warszawy.
Mniej więcej te psy też poszły w kierunku lasu, w kierunku pól, i podobnie jak te pierwsze psy, pokazały, że ślad urywa się gdzieś w okolicy wiatraków. Oczywiście do tych poszukiwań włączyli się także i sąsiedzi, i znajomi, przyjaciele Beaty, rodzina. Przeszukali i pola, i lasy, i akwen, który tam jest, no ale bez śladu.
Beaty po prostu nigdzie nie było. Drga grupa policjantów zaczęła sprawdzać dom. I wtedy okazało się, że w domu brakuje torebki.
Prawdopodobnie również i w torebce oprócz dokumentów miała telefon komórkowy. Jak pamiętacie, pani Krystyna na przystanku, kiedy z nią rozmawiała, widziała, że Beata jest bez torebki, więc albo Beata wróciła do domu i zabrała torebkę, albo, no, zabrał ją po prostu ktoś inny. Tutaj okazało się także, że w tym domu jest monitoring, że jest kamera.
I na tej kamerze widać, jak Beata, wraz z trójką dzieci, dokładnie o godzinie 7:05 wychodzi z domu. Ale potem już nie ma nic, ponieważ ktoś po godzinie 7:05 po prostu wyłączył kamerę — wyłączył ją poprzez wyciągnięcie wtyczki z gniazdka — więc nie ma już żadnego nagrania. Nie wiemy, czy Beata wróciła, czy też nie.
Telefon loguje się — jej telefon loguje się — teoretycznie w tej wsi, ale mówię: "teoretycznie", ponieważ najbliższa stacja przekaźnikowa jest w miejscowości Łobez. To jest tam parę kilometrów, więc teoretycznie oczywiście albo mogła być w tej miejscowości, albo też mogła być już w tym Łobzie, bo tam jest po prostu logowanie telefonu. Tutaj Policja będzie się starała oczywiście to pewnie ustalić.
Czy się uda? No, w tej chwili trudno powiedzieć. I kolejna ważna rzecz.
No, Beata dojeżdża codziennie do pracy samochodem — ma do przejechania jakieś 7 kilometrów — ale ten jej samochód stoi na podwórku. Kiedy policjanci przeszukali auto, zobaczyli, że na siedzeniu leży prawo jazdy jakiegoś niemieckiego kierowcy. Sprawdzono to w Niemczech, i okazało się, że ten kierowca niedawno to prawo jazdy stracił albo zgubił, albo też mu tu je ukradli.
Wygląda też na to, że on nie ma jakiegoś związku ze sprawą, że to zupełny przypadek. Ale dlaczego, w jaki sposób to jego prawo jazdy znalazło się w samochodzie Beaty? To wciąż pytania bez odpowiedzi.
Jan przyjeżdża do domu często. W ostatnim okresie przyjeżdża też z tą swoją nową partnerką Agnieszką. Przyjeżdżają obydwoje.
Agnieszka przesiaduje w tym domu z teściami. Więc no wygląda na to, że on się po prostu z tą nową miłością nie kryje, tym bardziej że w mediach społecznościowych widać ich zdjęcia — tych zdjęć jest sporo — uśmiechnięci, zadowoleni, wyglądający po prostu na zakochanych. Natomiast Agnieszka ma też taką ciekawą przeszłość.
Wygląda na to, że nie tyle ciekawą, co — powiedziałbym — bardzo mroczną, ponieważ Agnieszka swego czasu była podejrzana, a nawet miała wyrok o podżeganie czy udział w zabójstwie. Ta historia, która dotyczy Agnieszki, wydarzyła się dosyć dawno — 25 lat temu, dokładnie 30 listopada 1999 roku. O tym mówi dzisiaj 72-letnia pani Anna.
To matka Romana. Mówi, że jej syn jako młody chłopak zakochał się w Agnieszce. Poznał ją wtedy na dyskotece.
No to była miłość. Po 2 miesiącach znajomości okazało się, że Agnieszka jest z jej synem Romkiem w ciąży. Romek czuł się w obowiązku, więc oczywiście oświadczył się Agnieszce, i wzięli ślub.
No, wszystko to trwało. Oni zamieszkali w sumie w domu babci Romka. Jakaś sielanka wtedy chyba pomiędzy nimi była, ale też wydaje się, że Agnieszka nie jest kobietą stałą w uczuciach, (jest kobietą) bardzo kochliwą, bardziej chyba na zasadzie znanej arii "La donna è mobile", więc dosyć szybko zakochała się w zupełnie innym mężczyźnie, w Krzyśku, i w ogóle jej to nie przeszkadzało, że Krzysiek to przyrodni brat Romka.
Romek i Krzysiek chyba nawet się lubili, bo mieli wspólną pasję — razem naprawiali samochody — no ale Agnieszce nie przeszkadzało to w tym, że zakochała się w Krzyśku. A jak się zakochała, no to się okazało, że Romek zaczął im przeszkadzać. 30 listopada tego właśnie 1999 roku Romek poszedł do sąsiadów, żeby im naprawić antenę.
Kiedy wracał, Krzysiek się na niego zaczaił. Uderzył go czymś twardym w głowę, a potem wywiózł Romka nieprzytomnego do lasu i tam zakopał. No wyglądało na to, że Romek, kiedy go zakopywał, jeszcze żył i udusił się w momencie, kiedy przysypał go ziemią.
4 miesiące później — to już był marzec 2000 roku — ktoś przypadkowo znalazł ciało Romka. Wtedy okazało się właśnie, że zabójcą jest Krzysiek, a Agnieszka pomagała, podżegała go do zabójstwa, i wszystko zaplanowali, i przeprowadzili razem. Sprawa się wydała.
Początkowo Krzysiek dostał 25 lat więzienia, a potem po apelacji 15, a Agnieszka dostała, no w tym układzie, zaledwie 3 lata, a i tego nie odsiedziała. Odsiedziała zaledwie 1,5 roku, bo miała małe dziecko, i wyszła z więzienia. Więc taka historia — no zabójstwa — na Agnieszce cały czas gdzieś kładzie się cieniem.
No sam Krzysztof nie chce do tej historii wracać. Mówi: »Minęło tyle lat. Chcę mieć spokój i zapomnieć o tym wszystkim.
« Agnieszka, kiedy wyszła z więzienia, związała się z nowym partnerem. Rozstała się także i z nim. Sama mówi, że był po prostu pijakiem i musiała się z nim rozstać.
A potem związała się już z Janem, czyli z mężem Beaty. Policja w tej chwili mówi bardzo niewiele, nawet nie podaje jakichś takich wersji. Sam Jan mówi, że jest przekonany, że żona żyje, że gdzieś jest, że przypuszczalnie wyjechała, być może związała się z jakimś Niemcem.
Mówi też, że kiedy dzieci były na boisku w Łobzie, w tej miejscowości niedaleko wsi, Beata zostawiała je na dłuższy czas, gdzieś szła, więc sugeruje, że być może kogoś miała. Dzieci, no, niewiele w tej chwili wiedzą, niewiele rozumieją. Ten najstarszy oczywiście zastanawia się, co się stało z mamą.
Sam potwierdza, że mamę przed zaginięciem przez 3 dni bolała głowa. Chłopiec nie rozumie, dlaczego mama zniknęła, co się z nią dzieje i co się dzieje wokół nich. Obydwoje są u siostry, to znaczy cała trójka jest u siostry Beaty.
Są pod opieką także psychologa. Sam Jan mówi, że jemu zrobiono krzywdę, bo mu odebrano dzieci, a przecież będzie walczył o te dzieci, będzie się troszczył, bo się troszczył. Chyba też zapomina o tym, że kiedy Beata zaginęła, to dzieci nie szukały jego, ale szukały cioci, więc to przypuszczalnie też jest jakiś sygnał o tym, jakie były naprawdę relacje.
W ostatnich dniach — jak mówią sąsiedzi — i Agnieszka, i Jan pojawiali się w domu. Z tego domu wynosili jakieś przedmioty, tak jakby Beata miała już do tego domu nie wrócić. To też jest oczywiście zastanawiające.
Pojawiają się nowe teorie. Część ludzi we wsi jest przekonana, że za tym wszystkim stoi oczywiście on, Jan, że stoi Agnieszka, że zniknięcie Beaty, no, ma podtekst taki, powiedziałbym, przestępczy — że Beacie coś zrobiono i trzeba szukać jej ciała. Ale też Agnieszka — no ona też nie ucieka od mediów, że tak powiem — też się wypowiada, też ma swój głos w tej całej historii.
Mówi o tym, że ona także jest przekonana, że Beata żyje, że miała być może depresję, że tak naprawdę to nikt jej nie lubił — »Nie miała przyjaciół, nie miała znajomych, więc pewnie to, że jej nikt nie lubił, spowodowało, że postanowiła zerwać z dotychczasowym życiem, że (postanowiła) je zmienić, że porzuciła dzieci i gdzieś wyjechała. « Mówi też — bierze tutaj stronę Jana — że no Jan troszczył się o dzieci. — »To on właśnie jest tym, któremu zależało na tym, żeby dzieci normalnie się chowały, żeby był to normalny dla nich w miarę dom, a Beata to wszystko psuła.
« To jest jedna strona tego wszystkiego. Drga strona to jest oczywiście rodzina Beaty, która mówi, że to jest niemożliwe, że Beata bardzo kochała trójkę dzieci, że robiła dla nich wszystko — »Cały jej dzień był wypełniony właśnie troską o dzieci. Zresztą tego dnia miała plany, bo miała pójść z chłopakiem, z synem, na mecz.
I taka była cały czas. « — jak mówią — »W jej domu na lodówce było mnóstwo karteczek, na których miała różnego rodzaju zapiski, co ma zrobić, tak żeby po prostu nie zapomniała. « Też sąsiedzi nie wierzą, żeby Beata zostawiła swoje dzieci.
Że ją znają, że wiedzą, jaką jest kobietą, i musiało jej się coś stać — »Nigdy by po prostu nie zostawiła domu i dzieci i gdzieś sobie poszła. « Cała ta historia w dalszym ciągu trwa. Cały czas na bieżąco i my ją obserwujemy, i myślę, że tysiące ludzi (także).
Jak się zakończy? Zobaczymy. Natomiast na pewno — i to jest zadanie dla Policji — jest zrobienie wszystkiego, co tylko można, żeby ją wyjaśnić.
Bo statystyki tak mówią, że za tego typu zaginięciami zwykle stoją ci najbliżsi i że te historie kończą się po prostu tragicznie. Tu wiele takich poszlak wskazuje na to, że faktycznie Beacie mogło się coś stać. No ale w dalszym ciągu pozostaje to "ale" — że może być inaczej.
Te poszukiwania wciąż trwają, będą trwały. Na ostatnią sobotę, na 23 listopada, rodzina no ogłosiła takie duże poszukiwania. Poprosiła wszystkich, którzy są chętni, żeby zabrali ze sobą jakąś ciepłą odzież, gumofilce, żeby przyszli na spotkanie i wzięli udział w poszukiwaniach.
Mają nawet wytypowanych kilka miejsc, gdzie no jest — no tak trzeba to rozumieć — gdzie może być ciało Beaty. To w ostatnią sobotę. Natomiast kilka dni wcześniej, 19 listopada, na posesji Beaty teściów pojawiła się Policja.
Cały ten teren został otaśmowany właśnie tą taką taśmą z napisem "Policja". Pojawili się policyjni technicy, policjanci z Wydziału Kryminalnego. Przeszukano szambo, wypompowano jakąś wodę ze zbiornika, zabezpieczono także dwa samochody — to jest samochód Beaty i samochód jej teściów.
Czy Policja to robi dlatego, że na sobotę zaplanowano te duże poszukiwania, i na wszelki wypadek zrobiła te poszukiwania i zabezpieczenie samochodów, chcąc oczywiście szukać jakichś śladów, czy też ma jakiś konkretny trop? Faktem jest, że do tej pory ani Jan, ani nikt inny w tej sprawie nie został formalnie zatrzymany. Nie ma żadnych zarzutów.
I z formalnego punktu widzenia kogoś podejrzanego czy podejrzewanego w tej sprawie nie ma. Sam Jan mówi jeszcze, że Beata żyje — że kilkakrotnie, nawet podaje konkretne daty: 7 i 8 listopada, Beata wchodziła na media społecznościowe. Że to na pewno ona, bo on nie ma konta, i musiała się logować właśnie ona.
Natomiast z drugiej strony, jeżeli no jest jakaś możliwość taka, że Beata być może to wszystko zorganizowała — no nie można tego do końca wykluczyć, chociaż wydaje się to mało prawdopodobne — więc jeżeli myślimy w ten sposób, czyli w takim razie, no, czy wchodziłaby na TikToka, po to żeby się pokazać? No, wydaje się to wszystko wbrew logice. Wiemy tyle: Beata zaginęła mniej więcej około godziny 7:20.
Dwoje sąsiadów widzi ją, jak idzie w kierunku domu. A potem te poszukiwania tak na dobrą sprawę rozpoczynają się dopiero wieczorem czy po południu, kiedy siostra z siostrzenicą powiadamiają Policję. Jeżeli Beacie ktoś zrobił krzywdę, to miał sporo czasu na to, żeby wywieźć ją, ukryć zwłoki.
Jeżeli miał przygotowane miejsce, to tym bardziej przyszło mu to z łatwością. To wydaje się bardzo prawdopodobna w tej chwili, chyba najbardziej prawdopodobna, hipoteza, bo przecież Beata zniknęła bez jakichś takich, powiedziałbym, osobistych rzeczy. No kobiety zwykle ze sobą coś zabierają.
Zniknęła jedynie jej torebka z dokumentami, zniknął telefon. Ktoś wyłączył kamerę. Kobieta rozpłynęła się po prostu we mgle.
No ludzie, tak się wydaje przynajmniej, w ten sposób nie giną. Musi być jakiś ślad. Jeżeli faktycznie kogoś poznała, jeżeli wyjechała, to w jaki sposób to zrobiła?
Matka trójki dzieci, no, raczej fizycznie, bezpośrednio nikogo nie poznała. (Można), mogła kogoś poznać w internecie. No ale gdyby poznała, to przypuszczalnie policjanci trafiliby i na ten ślad — w jakiś sposób musiałaby z tym człowiekiem nawiązać kontakt.
Sprawa tajemnicza, sprawa niezwykła. Jak powiedziałem, zaginięcia oczywiście się zdarzają, ale to zaginięcie wydaje się być, no, szczególnie tajemnicze. To, że niektórzy są przekonani, no to wydaje się być oczywiste.
Ale też wiemy z tych naszych historii, że zachowania ludzi są naprawdę zadziwiające, chociażby historia z 9 sierpnia. Pamiętacie, Izabela, 35 lat. Ona jechała samochodem z Bolesławca do Wrocławia.
Zadzwoniła jeszcze do swojego ojca, że zepsuł jej się samochód, i zniknęła. Na dobrą sprawę trwały poszukiwania przez 11 dni. Wszyscy też byli przekonani, że Izabela nie żyje albo ją ktoś porwał — no różne wersje — natomiast Izabela po 11 dniach nagle się odnalazła.
Wycieńczona, wychudzona, głodna zapukała do drzwi swoich znajomych. Co się z nią stało czy działo się przez 11 dni? No, do końca nie wiemy, ale w zasadzie cała i zdrowa odnalazła się po tak długim okresie.
Więc chyba w życiu jest wszystko możliwe, te scenariusze nas zaskakują, więc musimy czekać na, powiedziałbym, zakończenie tej historii. I myślę, że Policja zrobi wszystko, żeby tę sprawę po prostu wyjaśnić, chociażby też po to, żeby ta trójka dzieci — dzieci, które w jakiś sposób już zostały skrzywdzone w życiu — no miała odpowiedź na pytanie — co stało się z ich mamą? I tyle na razie tego odcinka.
My oczywiście będziemy śledzili to wszystko, co tam się dzieje. Jak pojawi się coś nowego, to oczywiście od razu Wam przekażemy. I to tyle.
Oczywiście subskrybujcie nasz kanał.