[Muzyka] Dzień dobry, witajcie! Z wami Marcin Sergiusz Przybyłek. Witajcie na kolejnym kazaniu Kościoła Jedynki Znaczenia.
Jak zwykle, na początku, bardzo, bardzo dziękuję wszystkim swoim patronom i członkom tego kanału. Bardzo doceniam wasze wsparcie. A teraz przejdziemy do tematu dzisiejszego kazania, czyli spróbujemy przyjrzeć się sprawie bardzo kontrowersyjnej, a nie do końca takiej jak śmierć kliniczna.
Spróbujemy sobie wyciągnąć najciekawsze rzeczy z relacji osób, które twierdzą, że przeżyły śmierć kliniczną, i spróbujemy wyciągnąć z tego wnioski. Tak, ja wiem, że to jest temat śliski, a wnioski, które można z niego wyciągnąć, są bardziej wizjami niż jakimiś realnymi, niepodważalnymi prawdami naukowymi. Ale właśnie po to jest ten Kościół, po to jest ten Kościół Jedynki Znaczenia, który traktuje pół żartem, pół serio, często troszeczkę bardziej żartobliwie niż serio.
Ale no, tak to jest z nauką w ogóle. Zwróćmy uwagę, że nauka to jest ta dziedzina, w której nie można za bardzo fantazjować. Jeśli ktoś jest naukowcem, to może sobie pofantazjować przy kawie z przyjaciółmi, ale już oficjalnie nie powinien wchodzić w tematy niesprawdzone, bo wtedy wyjdzie na to, że jest nierzetelnym naukowcem, prawda?
Ja, jako nienaoukowiec, jako pisarz, jako wizjoner, jako samo ustanowiony filozof, czasami rzucam się na takie tematy, bo w nich jest coś ciekawego, a w dodatku nawiązującego już do tego, o czym mówiłem poprzednio. Więc przyjrzyjmy się temu i spróbujmy, pół żartem, pół serio, z lekko przymrużonym okiem sceptycyzmu, przeanalizować to, co mówią ludzie, którzy przeżyli śmierć kliniczną. Na samym początku warto zwrócić uwagę na coś bardzo istotnego, bo zauważyłem w różnych filmach dokumentalnych czy w różnych relacjach, że czasami pojawiały się twierdzenia, że w śmierci klinicznej mózg nie działa i że człowiek taki trochę żyje, trochę nie żyje, a mózg nie przejawia żadnych funkcji.
No więc to jest nieprawda. Od razu powiem, że mózg działa. Człowiek jest nieprzytomny, ale to, że człowiek jest nieprzytomny, nie oznacza, że jego mózg jest wyłączony.
Jego mózg cały czas funkcjonuje. Są fale EEG, rejestrowane, to płaskie, są płaskie. Niektóre ruchy mogą być osłabione, oczywiście te neuronalne, ale generalnie jest to mózg funkcjonujący.
A niektórzy twierdzą, że w momencie ustania krążenia, bo powiedzmy sobie, że śmierć kliniczna to jest wtedy, kiedy ustaje krążenie, mózg zaczyna się podduszać. Umiera w zasadzie w ciągu 5 minut, no chyba że jest hipotermia, chyba że jest obniżona temperatura, to może być i 20 minut. Są przypadki, podobno, pół godziny dostępu tlenu i braku krążenia ludzi, którzy byli na przykład pod zimną wodą i wydobyto ich, ten mózg został przywrócony, a wszystkie funkcje poznawcze.
Więc to jest śmierć kliniczna, czyli ustanie krążenia i utrata przytomności, i wtedy człowiek jest tak jakby na granicy życia i śmierci, ponieważ w przypadku przywrócenia krążenia, minutę to jest śmierć kliniczna. Mózg działa. I tak jak powiedziałem, już w skutku tego szoku związanego z załamaniem się, on działa nawet mocniej, nawet intensywniej.
Dzieją się w nim rzeczy dużo intensywniejsze niż wtedy, kiedy czuwamy. Więc to sobie na początku wyjaśnijmy — nie jest tak, że w śmierci klinicznej mózg nie działa, działa, ale dzieją się tam też inne dziwne rzeczy. Spróbujmy je sobie przeanalizować.
Po pierwsze, w zasadzie każdy, kto przeżył śmierć kliniczną, twierdzi, że obserwował to, co się dzieje wokół jego czy jej nieruchomego ciała z góry. Czy to była operacja chirurgiczna prowadzona przez chirurgów na sali operacyjnej, czy to były jakieś inne dramatyczne sytuacje resuscytacji po wypadku, po jakimś utonięciu i wyciągnięciu ciała na brzeg, to wszystko jest obserwowane z góry. Więc ja się zawsze zastanawiałem, dlaczego z góry?
To jest takie strasznie, można powiedzieć, antropocentryczne i ziemiocentryczne, nie? Dlaczego góra? To jest ten fajny kierunek, no, kojarzy się osobom wierzącym na pewno z niebem.
Tam jest niebo. No, ale my wiemy, że nie, bo to jest bardzo stary koncept wymyślony przez ludzi dosyć prymitywnych, którzy myśleli, że tam, w górze, to jest już inny świat, a nie kosmos, nie próżnia i nie inne planety, gwiazdy, tylko właśnie domena bogów, prawda? Dzisiaj już wiemy, że nad naszą atmosferą żadnych bogów nie ma.
Więc dlaczego u góry? Więc zastanawiałem się nad tym, dlaczego ten kierunek u góry jest dobry, i doszedłem do bardzo prostego, niemal prymitywnego wniosku, że z góry po prostu wszystko najlepiej widać. Gdyby ta, nazwiemy to, dusza tej osoby, która się oddziela od ciała, miała obserwować wszystko od spodu, to byłby nienaturalny kąt obserwacji.
Poza tym ziemia by wszystko zasłoniła, no, z pozycji żaby też niewygodnie. Więc najwygodniej chyba właśnie z góry. Niektórzy relacjonują, że widzieli coś z nad ramienia chirurga.
Być może był to też najlepszy kąt widzenia, bo jeśli to był chirurg, który operował, no to rzeczywiście wszystko najlepiej widać z jego punktu widzenia, bo to on ustawia sobie tak pole operacyjne, żeby samemu najlepiej wszystko widzieć. Więc taka osoba, która przeżywała śmierć kliniczną i której dusza była oddzielona od ciała, rzeczywiście miała najlepsze pole widzenia znad ramienia chirurga. Więc wydaje mi się, że to ma sensowne uzasadnienie, właśnie, nie religijne, że z góry, to właśnie w stronę nieba.
Że nie jakieś, tak, nie wiadomo jakie, ale po prostu jest to optymalna pozycja obserwacji tego, co się dzieje. Drgą cechą tej, nazwiemy to, oderwania od ciała, jest to, że potrafi się przemieszczać. Ja nie pominę tego, że potrafi patrzeć, za chwilę będziemy rozpatrywać to, jak patrzy, prawda?
Bo mówiliśmy sobie o tym, że obserwuje wszystko z góry, prawda? Pominęliśmy jakby to, jak patrzy. Dojdziemy do tego, obiecuję.
Natomiast zanim do tego dojdziemy, to pomyślmy o tym, jak ta, no, proszę mi wybaczyć, no znowu powiem, duszyczka, się przemieszcza. Jak to robi? No, przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że w naszym środowisku, w naszym otoczeniu fizycznym, jeśli coś ma się przemieszczać, to musi włożyć w to jakąś pracę, jakąś siłę do podłoża czy do środka, w którym się porusza.
Jeśli to jest ryba, to ona musi machać ogonem, żeby się w tej wodzie przesuwać. Jeśli to. .
. Jest ptak, to musi machać skrzydłami, żeby się przemieszczać. Zwierzę lądowe to porusza nogami, łapami, no, czymkolwiek.
Jeśli to nie jest stworzenie jakieś żywe, ale coś martwego, to musi mieć silnik, inaczej się nie będzie przemieszczał. Więc jak się przemieszcza ta duszyczka? Nie ma łap.
Z tego, co wiem, nie ma skrzydełek. Skrzydełek nieś. Może raz wydaje się bezcielesne.
Nigdy nikt, kto opowiadał o tych podróżach swoich w zaświaty, chyba nie opisywał swojego ciała, raczej tylko punkt widzenia, raczej tak, jakby był latającym okiem, albo dwójką oczu, albo wieloma oczami. Co, o czym też za chwilę powiem, ale nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek mówił, że ma jakiekolwiek kończyny czy urządzenia do przemieszczania się. Tymczasem ta duszyczka się przemieszcza.
No i jak więc wiemy, że w naszym środowisku? No, wypadałoby mieć jakieś silniki, albo jakieś łapy, albo jakieś skrzydła, prawda? Może ta duszyczka przebywa w innym środowisku równoległym do naszego, przenikającym to nasze, i tam nie potrzeba tych silników, tylko wystarczy chcieć, prawda?
Być może fakt tej przebywania tej duszyczki w świecie równoległym, który jest równoległy do naszego świata, gdzie panuje inna fizyka, tłumaczy to, że nie ma interakcji z tą rzeczką, bo ci ludzie, którzy przeżyli śmierć kliniczną, mówią, że widzieli wiele rzeczy, natomiast wiedzieli, że są niewidoczni dla tych osób, które, no, dla tych chirurgów na przykład, którzy przeprowadzali operację chirurgiczną, dla tych ratowników, którzy przeprowadzali resuscytację. Wiedzieli, że nie ma sensu nawet próbowanie wchodzić w interakcje z nimi, bo nikt ich nie zobaczy, nikt ich nie usłyszy, nie będą w stanie nikogo dotknąć i tak dalej. Więc być może te cechy tej duszyczki świadczą o tym, że ona się porusza po prostu w innym środowisku, gdzie panują inne reguły dotyczące poruszania się, że wystarczy chcieć i się ta duszyczka przemieszcza.
Ale może być też tak, że środowisko jest wciąż to samo, żeby nie mnożyć bytów, prawda? A ta duszyczka, którą zacznę nazywać wewnętrznym obserwatorem, bo to jest bliższe kościołowi jedynki jej znaczenia, ona po prostu nie ma interakcji z naszymi znanymi ze znanymi nam cząstkami, tak jak neutrina w zasadzie nie mają interakcji ze znanymi nam cząstkami. No, ale znowu, jeśli jest w naszym środowisku, w naszej fizyce, prawda?
Tak jak ten, jak wspomniane przed chwilą neutrina, no to jakim cudem się przemieszcza? Co kieruje jej ruchami? Tego wewnętrznego obserwatora kojarzy mi się z takim zjawiskiem, że kiedy ja ruszam oczami, prawda, to jakby w pewnym sensie dochodzi do ruchu, bo rusza się obraz, który mam przed oczami, prawda?
Czyli teraz patrzę na jeden obrazek na ścianie, na drugi obrazek na ścianie, na trzeci, na czwarty i jest poczucie ruchu, ponieważ zmienia się punkt widzenia. Znaczy, nie punkt widzenia, tylko zmienia się to, co widzę, ale ja ruszam oczami, prawda? Nie wiem, jak duszyczka się porusza.
I pojawia się w ogóle problem ruchu, który wcale nie jest czymś oczywistym w naszym świecie, tym rzeczywistym, tym świecie materialnym. Wydaje się bardzo wielu osobom, że ruch jest czymś oczywistym, czymś, co widzimy na co dzień, czymś, co jest absolutnie niepodważalne. No, troszeczkę to podważył Einstein, mówiąc, że ruch jest względny.
Czyli, że nie jesteśmy w stanie powiedzieć, co tak naprawdę się porusza. Wiem, że jedno ciało porusza się względem drugiego, ale czy któreś jest bez ruchu, a porusza się drugie, czy jest odwrotnie? To, zgodnie z tą zasadą względności ruchu, nie jesteśmy w stanie tego określić.
Ale w książce "Koniec czasu" Julian Barbour sugeruje taką wizję, w której ruchu w ogóle nie ma w rzeczywistości materialnej, tylko ruch jest wynikiem jakby animacji poklatkowej niezwykle wielkiej liczby nałożonych na siebie, niczym symbolicznie rzecz ujmując, niczym kartki papieru, niczym folie nałożone na siebie, nałożonej na siebie olbrzymiej liczby konfiguracji rzeczywistości, konfiguracji wszechświata. Jeśli byśmy wzięli wszystkie atomy, cząstki subatomowe, które tworzą w każdej pik konfigurację wszechświata, i stworzyli z tego pewną mapę, ją rozrysowując, wielką, i nałożyli na nią następną kartkę, która przedstawiała konfigurację wszechświata, właśnie ten jeden chronon, dosłownie jedną cząstkę czasową później. I na to nałożyli następną kartkę z kolejną konfiguracją wszechświata, jedną cząstkę czasową później, i znowu, i znowu, i znowu, i znowu, to w ten sposób, przesuwając karty wszechświata, z następującymi po sobie konfiguracjami cząstek w tym wszechświecie, które byłyby tym samym co następujące po sobie obrazki w animacji poklatkowej, to stworzymy pozór ruchu, który ruchem nie jest.
To są po prostu następujące, tak samo jak w animacji poklatkowej nie mamy ruchu, tak samo jak w filmie, który obserwujemy w kinie, nie ma ruchu, tylko widzimy nieruchome obrazy, które następują po sobie z częstotliwością 24 Hz, czyli 24 klatek na sekundę. Tak jak na monitorach naszych komputerów obserwujemy obrazy, które następują dużo szybciej, 50 Hz, 100 Hz, czyli powiedzmy 100 nieruchomych obrazów na sekundę. Tak i w naszej rzeczywistości, według Juliana Barboura, tej otaczającej nas, również nie ma ruchu tak naprawdę, tylko jest animacja poklatkowa.
To jest bardzo ciekawa, odważna teza, która jednak, która jest zaczy, Julian Barbour nie jest odosobniony w tych swoich rozważaniach na temat tego, czy ruch istnieje, czy nie. Już filozofowie greccy zastanawiali się, czy ruch jest prawdziwy, czy nie. Oni wiedzieli, że istotą rzeczywistości jest ruch, ale niekoniecznie uważali, że ten ruch jest cechą tej rzeczywistości materialnej.
Oni raczej uważali, że to jest już to tchnienie, ta pneuma, to tchnienie boskie, które wypełnia świat. Tam jest ruch, tam jest ruch, tam jest życie, prawda? No więc rusza się ten wewnętrzny obserwator, ta duszyczka.
Nie wiemy za bardzo jak, ale być może popełniamy błąd, zastanawiając się nad tym, że znaczy myśląc, że ona się powinna poruszać na tej samej zasadzie, na jakiej istnieje ruch w naszej materialnej rzeczywistości, bo być może w naszej materialnej rzeczywistości ruchu tak naprawdę nie ma, a pneuma, to tchnienie, występuje w świecie wewnętrznego obserwatora. Kolejną dziwną rzeczą, obserwowaną przez ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną, jest zjawisko czasu. Twierdzą, że czas się odkształca w momencie przeżywania śmierci klinicznej i że potrafią, tak twierdzą niektórzy, przeżywać wieczność całe.
W sekundę właśnie skompresowany, no właśnie w sekundę przeżywać wieczność. W ogóle trudno człowiekowi, który nie przeżył tego, wyobrazić sobie, co to znaczy, że czas się zmienia. Prawda?
Dla takiej zwykłej osoby, takiej jak ja, czas płynie mniej więcej tak samo. Cały czas można sobie przypomnieć pierwszy dzień wakacji; z reguły kiedy jedziemy w nowe miejsce, wydaje się bardzo długi, dużo dłuższy niż taki dzienny dzień, kiedy jesteśmy w tych samych pomieszczeniach i robimy te same rutynowe czynności. Te dni takie rutynowe są bardzo, bardzo krótkie.
Natomiast zawsze pierwszy, zwłaszcza pierwszy dzień w nowym miejscu, wydaje się bardzo, bardzo długi. To nie muszą być wakacje, po prostu nowe miejsce, nowe czynności. No ale to tylko w ten sposób możemy spostrzegać, że przeżywamy czas inaczej.
Pamiętamy, że jako dzieci spostrzegaliśmy czas inaczej, prawdopodobnie dlatego, że wszystko było nowe; w związku z tym właśnie ten czas też się tak rozszerzał, dzięki temu, tak jak wszystko jest nowe, właśnie w nowym miejscu, kiedy wyjeżdżamy na wakacje. Ale to nie jest to, kiedy te osoby, które przeżyły śmierć kliniczną, opisywały właśnie, co się działo z czasem. To tam działy się dużo dziwniejsze rzeczy, jakby byli w stanie przeżywać ten czas bardzo, bardzo intensywnie, inaczej niż my.
No i to ma powiązanie z tym, o czym do tej pory mówiliśmy w kościele. Jedynki jej znaczenia, mówiliśmy o Akis Mundi, czyli o osi świata. Przypomnijmy sobie: ja od jakiegoś czasu utożsamiam Akis Mundi, czyli oś świata, z wewnętrznym obserwatorem, że na szczycie tego Akis Mundi siedzi sobie wewnętrzny obserwator, czyli nasza dusza, czyli nasze "ja".
Mówiąc krótko, my jesteśmy osiami rzeczywistości Akis Mundi. No i mówiliśmy sobie, że zgodnie z wierzeniami różnych ludów, przypomnijmy sobie, że Akis Mundi, czyli oś świata, czyli drzewo poznania, występuje w zasadzie we wszystkich kulturach. Przypomnijmy to sobie.
Według wielu z tych kultur, Akis Mundi generuje czas. Czyli czas nie jest czymś, co jest obiektywne zewnętrznie, tylko jest generowane wewnętrznie. Tak, przypomnień tych, co Pan Barb pamiętali, że czas, o czym nas informują wskazówki, które zegara, które się przesuwają, no nie o tym, że upłynął jakiś czas, ale o tym, że pewne wewnętrzne mechanizmy, te zębatki, pokonały pewną drogę.
Nie czas pokonały pewną drogę, i w symboliczny sposób wskazówki nam pokazują te numerki na cyferblacie, i w ten sposób informują nas, że upłynął czas. Ale tak naprawdę to mogły nam mówić "pokonały taką drogę". Przypomnijmy sobie, że tak naprawdę pojęcie czasu mogłoby zniknąć z różnych równań matematycznych i mogłoby być zastąpione pojęciem drogi.
Czyli moglibyśmy, mierząc, mierzyć prędkość, dzielić nie odległość przez czas, ale drogę przez drogę. Na przykład, moja droga z mojego domu do krawędzi lasu Chotomowski mogłaby być podzielona nie przez czas, który wskazuje mi symbolicznie mój zegarek, przez drogę, którą pokonało słońce w tym czasie na nieboskłonie, albo przez drogę, którą pokonała woda w Wiśle w tym czasie, albo przez właśnie drogę, którą pokonały zębatki w moim zegarku mechanicznym. Nie musi to być czas.
Czas jest pojęciem abstrakcyjnym, być może tak jak ruch, tak jak ruch zrozumiałym w domenie wewnętrznego obserwatora, ale nieobecnym. Być może jest nieobecny w świecie materialnym. Być może świat materialny na świat materialny rzutujemy, projektujemy tylko czas, a tak naprawdę w nim zarówno czas, zgodnie z książką Juliana Barboura "Koniec czasu", ani czas, ani ruch nie występują.
Że ta Platonia, którą Barbour opisuje w swojej książce, czyli te niewyobrażalne liczby, warstw konfiguracji rzeczywistości, konfiguracji czas, nie czas, konfiguracji wszechświata, one są martwe, te kartki, i wrażenie ruchu, i wrażenie czasu postępuje dzięki temu, że jedne po drugich następują, prawda, jak animacja poklatkowa. W ten sposób powstaje wrażenie i czasu, i wrażenie ruchu, ale przez kogo jest postrzegane? No, przez wewnętrznego obserwatora.
I to wewnętrzny obserwator jest w stanie tak naprawdę odczuwać i czas, i ruch, albo i czasowo się przemieszczać, i ruchowo się przemieszczać. Bardzo ciekawe, prawda? Więc to odczuwają ci, którzy przeżyli śmierć kliniczną.
Więc po pierwsze, patrzą z góry. Po drugie, umieją się przemieszczać. Być może ten ruch jako jedyny jest prawdziwy.
I po trzecie, odczuwają czas jako coś plastycznego, co może być. To właśnie dopiero wewnętrzny obserwator jest w stanie naprawdę być zanurzonym w realnym, nieudawanym. Kolejną fascynującą rzeczą, którą opowiadają ci, którzy przeżyli śmierć kliniczną, jest sposób ich spostrzegania rzeczywistości.
Zanim przejdziemy do pytania, jak oni widzą, co mi się wydaje być może najważniejsze, chociaż no, być może nie, to, co do tej pory powiedziałem, już jest fascynujące. Ale to, co teraz powiemy sobie o tym widzeniu, to jest też bardzo ciekawe. Mianowicie oni twierdzą, że większość z nich twierdzi, że ich widzenie ulega zmianie na tej zasadzie, że widzą z wielu punktów widzenia jednocześnie.
Z wielu stron są w stanie ten sam przedmiot oglądać. Z wielu stron jednocześnie. Tak jakby… no, my mamy dwoje oczu, w związku z tym patrzymy na każdy przedmiot troszeczkę z prawej i troszeczkę z lewej strony.
Nie zdajemy sobie z tego do końca sprawy, dlatego że nasz mózg tworzy obraz przedmiotu stereoskopowy, trójwymiarowy. Jest to pewna obróbka obrazu, dzięki temu że mamy jedną kamerę, drugą kamerę. I nasz mózg by troszeczkę zgłupiał, gdyby dostawał dwa obrazy, różne od siebie, różniące się troszeczkę.
Dlatego w naszym ośrodkowym układzie nerwowym, w naszym ośrodku wzr, dochodzi do czegoś rodzaju manipulacji obrazem, która to manipulacja tworzy pewną, jakby to powiedzieć, animację, pewien konstrukt trójwymiarowy. Wyobraźmy sobie, że mamy dodatkowe jeszcze oko tu i tu i raptem zaczęlibyśmy widzieć przedmioty jeszcze bardziej trójwymiarowo. Załóżmy, że wziąłbym do ręki ten krem, prawda?
I mielibyśmy jeszcze jedno oko tu i drugie oko tu. To w zasadzie dzięki dodatkowej takiej parze oczu widzielibyśmy ten przedmiot nie tylko tak, jak teraz tutaj ta kamera go widzi, tak w zasadzie od przodu, ale i od tej, i od tej strony. Czyli wystarczyłoby jeszcze dwie pary oczu, szeroko rozstawionych, i raptem ten przedmiot zacząłby być widziany troszeczkę tak, jak widzą to wewnętrzni obserwatorzy, duszyczki oddzielone od ciała podczas śmierci klinicznej.
A jeśli by było jeszcze jedno… Oko, tu jeszcze jedno. Oko, tu to raptem zaczęlibyśmy ten obiekt widzieć jakby ze wszystkich stron, troszeczkę tak jak te osoby, które przeżyły śmierć kliniczną. I teraz pytanie: mi się zawsze wydawało, że te osoby po prostu widzą rzeczywistość, tak jakby dzięki czwartemu wymiarowi.
I to jest widzenie. Tak patrząc na świat płaszczaków, czyli istot żyjących na kartce papieru, ty, hipotetycznych KT, czyli tych istot, które żyją tylko w dwóch wymiarach, moglibyśmy widzieć dodatkowo, prawda? Ale my widzielibyśmy wnętrza płaszczaków.
Jeśli płaszczaki miałyby jakiś tam układ pokarmowy, to my byśmy go widzieli. On by był dla nas widoczny, dla nich nie, bo one mogłyby patrzeć na siebie tylko na płaszczyźnie tej kartki. Więc widziały tylko tę swoją krawędź, ten swój otok, natomiast my jako istoty trójwymiarowe widzielibyśmy również ich wnętrze.
Natomiast ludzie, którzy opisują swoje przeżycia ze śmierci klinicznej, nie opisują, że widzieli wnętrza przedmiotów czy wnętrza ciał ludzkich jakby prześwietlając je od środka. Czyli nie było to widzenie jakby z czwartego wymiaru, tylko widzenie z wielu punktów jednocześnie, jakby miały wiele oczu rozstawionych. Także te przedmioty były widziane przez nich bardziej niż my widzimy stereoskopowo, powiedzmy sobie, no nie stereo, ale wielkopo, prawda?
No, ciekawe, co jeszcze jest arcyciekawe. Najciekawszego to jest to, że one w ogóle widzą. Wchodzimy w Meritum.
Może do czegoś bardzo frapującego mnie osobiście, mianowicie jak można widzieć bez oczu. Bo ci obserwatorzy wewnętrzni, czyli te duszyczki, no ta duszyczka, ten obserwator wewnętrzny, wisi sobie pod sufitem. Przyjmijmy tę wersję śmierci klinicznej: mamy operację chirurgiczną, staje krążenie, mózg jest w panice, oddziela się od niego obserwator wewnętrzny, duszyczka wisi pod sufitem i okej, widzi wszystko z góry.
Nasz proces widzenia polega na tym, że mamy gałki oczne, w tych gałkach ocznych mamy siatkówki. W te siatkówki uderzają fale elektromagnetyczne o różnych długościach, drażniąc komórki światłoczułe w różnych konfiguracjach, w zależności od proporcji tego, jak są mocno podrażnione jedne czopki, drugie czopki, trzecie czopki. To powstają pewne kombinacje tych podrażnień, które decydują o tym, jakie.
. . Znaczy jeszcze do tego nie będziemy przechodzili.
Te podrażnienia z tych czopków idą do naszej kory interpretacyjnej wzrokowej, tutaj z tyłu naszej głowy, w zależności od właśnie tych proporcji podrażnień tych czopków, które zależą od długości fali elektromagnetycznej, drażniącej doznania barw tego, co widzimy. A konkretnie, zanim powstają te doznania barw, to jeszcze przedtem odpalane są nasze neurony w korze wzrokowej w odpowiedniej konfiguracji, można powiedzieć, geometryczno-wibracyjnej, bo one są pobudzane w pewnych rytmach, odpalane i oczywiście są to, można powiedzieć, geometryczne. Następnie ten fakt biologiczny, neurologiczny jest tłumaczony na doznanie koloru czerwonego czy niebieskiego i tak dalej, i tak dalej.
I od samego początku istnienia Kościoła Jedynki znaczenia zadaje pytanie: kto widzi, kto doznaje barwy, kto doznaje dźwięku, kto doznaje tego wszystkiego innego? Bo nasz mózg nie umie widzieć, nie umie słyszeć, nie umie wąchać. On tworzy po prostu konfiguracje neuronalne.
Jak one są odczytywane i przez kogo? Na potrzeby Kościoła Jedynki i znaczenia wytworzymy sobie pojęcie wewnętrznego obserwatora, czyli wewnętrzny obserwator widzi w tym sensie, że to dopiero on jest w stanie doznawać fenomenu widzenia, wytwarzania obrazu. Nie mózg!
Dopiero wewnętrzny obserwator widzi kolor czerwony, niebieski i tak dalej. Te wszystkie kształty, to wszystko, czego doznajemy, nie tylko kolory, oczywiście, też dźwięki, oczywiście, też wonie i tak dalej, i tak dalej. No i ten wewnętrzny obserwator wisi sobie, ale jak on może spostrzegać rzeczywistość bez pośrednictwa tego, o którym mówiłem przed chwilą, czyli bez pośrednictwa oka, nerwów wzrokowych i ośrodka interpretacyjnego tutaj, będącego w naszym ciemieniu potylicznym?
Poty. . .
jak? No więc ja nie wiem! Jak?
Nie wiem! Nie wiem, czy w ogóle są mu potrzebne te wszystkie fale elektromagnetyczne do widzenia. Nie wiem, nie rozumiem.
Może są potrzebne swoje oczy, prawda? Więc fenomeny, które powstają podczas śmierci klinicznej, nie są sprzeczne z doktryną Kościoła Jedynki i Jej znaczenia, bo my mówimy sobie, że widzi wewnętrzny obserwator. Podczas śmierci klinicznej wewnętrzny obserwator, duszyczka, ulega oddzieleniu od ośrodkowego układu nerwowego, czyli od mózgu i ciągle widzi problem.
Poza tym, że nie umiem sobie odpowiedzieć na pytanie, jak widzi bez organów, typu oko, nerw wzrokowy, układ interpretacyjny mózgu. Widzi sam z siebie! Znaczy, wiemy, że wewnętrzny obserwator i tak, i tak umie widzieć, ale jak to robi bez tej konfiguracji neuronalnej?
Być może ta konfiguracja neuronalna mu nie jest do niczego potrzebna. Może ona mu tylko przeszkadza! Może dopóki on jest doczepiony, powiązany z mózgiem, to tak naprawdę ten mózg mu tylko przeszkadza w jego naturalnym widzeniu, które jest lepsze.
A być może naturalne widzenie wewnętrznego obserwatora to jest widzenie wieloośrodkowe, wielkopo, nowe, czyli ma wiele oczu jakichś tam innych. Tego ma wiele, tego czegoś, za pomocą czego spostrzega rzeczywistość. I dopiero uwolniony od tego naszego nieszczęsnego mózgu potrafi się przemieszczać.
Lekki, naturalny. Osoby, które przeżyły śmierć kliniczną, twierdzą, że sposób przemieszczania się wewnętrznego obserwatora jest dużo bardziej naturalny niż nasze przemieszczanie się na nogach. Jest poczucie tej oczywistości, naturalności.
To jest prawdziwy ruch! Czas odbierany zgodnie z. .
. być może bardziej praw. .
. za pomocą wewnętrznych też biologicznych zegarów, bo one też są. I widzi wielkopo.
Kiedy ja o tym myślę, to, i tutaj będziecie się ze mnie śmiać, przypominają mi się wizje, które zostały stworzone przez artystów, którzy w to, co było, zapisane w Biblii, i nakreśili, stworzyli animacje prawdziwych aniołów biblijnych. Te wizje są nieco przerażające, ale wydają się dużo prawdziwsze od tych wizji takich chrześcijańskich, ugrzecznionych. I te wizje, tak jak już mówiłem w którymś kazaniu, one przedstawiają istoty, w zasadzie istoty niehumanoidalne zaopatrzone w kilka par skrzydeł.
Na tych skrzydłach jest wiele oczu. Kiedy ja tak o tym myślę, to, już też wspomniałem w którymś kazaniu, to myślę sobie, że tak mógłby wyglądać wewnętrzny obserwator, że jest to istota, która ma wypustki, które można by nazwać skrzydłami. I te wypustki, jedna para skrzydeł jest położona na naszym tutaj zakręcie Zabrań Sylwiusza mózgowego, gdzie są wszystkie czucia dotykowe sprawy, gdzie ma jedną parę skrzydeł, pociągniętą parę skrzydeł ma wyciągniętą do przodu, gdzie.
. . Ma wyciągnięte wszystkie sprawy związane z węchem, powonieniem, opuszkami węchowymi, a jeszcze przy okazji te skrzydła idą też do ośrodków naszych słuchowych i związanych ze zmysłem równowagi, czyli mielibyśmy co.
Serafina. Serafin miał trzy pary skrzydeł, sześcioro skrzydeł, opuszki węchowe, czucie i słyszenie, widzenie - wszystko najeżone oczami. I być może tak wygląda nasz obserwator wewnętrzny.
I być może tak wygląda to, co się od nas oddziela, czym się, w jaki sposób, może jesteśmy oddzielający się od naszego doc. ciała i wkraczający w domeny prawdziwego ruchu, prawdziwego czasu i prawdziwego postrzegania rozszerzonego, naturalnego, takiego, jakie powinno być, a nieograniczonego tym naszym marnym, materialnym mózgiem. Amen.